Idzie luty, zwiń się w kulkę?

Luty. Te dwie proste sylaby oznaczają dla mnie jednak najtrudniejszy miesiąc w roku. Bo gdyby sięgnąć odrobinę wstecz, to myślę sobie tak. Grudzień, choć najciemniejszy, ma w sobie dekorum świąt i mnóstwo świetlnych ocieplaczy. Prezenty, wypieki, podkręconą dobroczynność i komercyjny blichtr. Styczeń – przedługi, pełen podwyżek i naznaczony podobno najgorszym dniem w roku. A jednak! Idzie tu nowe, składamy sobie jakieś płonne obietnice. Trudno, tak to już jest wymyślone.  O rety, mamy też karnawał! – można trochę powariować i nawet, w półobrocie do świata minionego, zażyć świata na opak!

Ale luty? Luty jest bezpański, niezdefiniowany jakiś w swojej przestępności. To jakieś bezformie pomiędzy czymś, co było rodzinnie i towarzysko miłe, a czymś z ducha odnowienia, co podobno nadejdzie. Doprawdy, co roku dopadają mnie wtedy jakieś arytmie myśli i niedociśnienia nastrojów. Na tym można by neologizmy mnożyć – smętnice, chandry, samobóje, zwisy, pluchy błotne i markotne, malkontencje, hipochondrie sprzęgliwe… Tak też planowałam w tym roku. Będzie smętnie, ale trzeba przetrwać.

1 lutego miał przyjechać do Fundacji ósmy i ostatni w tym projekcie wolontariusz EVS, tym razem z Węgier. Sandor, Sanyi, w wersji spolszczonej Szani. Dostąpiłam przyjemności odebrania go z peronu. Niby już rutyna, sześćdziesiąty któryś odbierany, ale zawsze to jednak jakieś ukłucie niepewności i przygody jednocześnie.  Ruszyłam z Północnej, auto, Trójka, ulica Hallera. Cholera, nic specjalnego. Dojechałam do Kuźniczek we Wrzeszczu, zgrabnie zaparkowałam i ruszyłam do celu. Zaczęłam biec, bo dostałam stracha, że coś pokręciłam i pomieszany Węgier na pewno czeka już na peronie z walizami.

I w tym biegu po Węgra nałożyły się w głowie obrazy sprzed kilku minut, z teraz i zza chwili. Się spotęgowały i uśmiechały. Biegłam i śmiałam się do siebie, wszystkiego i wszystkich dookoła. Oto ja, obywatelka Trójmiasta, jadę swoim małym turkusowym wciąż nowym samochodzikiem w ramach fajnej pracy przez Wrzeszcz pięknie odrestaurowany. Mijam nastrojowo oświetloną i z duchem historii wybrukowaną Wajdeloty, z małym, dziwnie swojskim ruchem ludzkim wokół odnowionych Kuźniczek obok. Przebiegam połyskującą miejskim zmierzchem zgrabną ulicę i wbiegam na luks-europejsko-błyszczący peron Gdańska Wrzeszcza. Na który wjeżdża już pendolino z Warszawy (jakże rozwiniętej!) i przywozi nam Węgra na unijny projekt, bo jesteśmy w Unii i aplikujemy! I ten Węgier wysiada z czystego i cichego pociągu podekscytowany, bo przyleciał samolotem do naszej stolicy jako wolny Węgier (choć wcale o tym już nie myśli); bez wiz, paszportowych ceregieli i zbędnych pytań o cel podróży. Illuminatio februarius!

I przypominam sobie z wolna, że w lutym jest przecież Dzień Kota i można pojechać na narty. Dzieci się cieszą, bo mają ferie. A i górole zacierają ręce na to ich wolne. Niech tam! Walentynki są. I urodziny Dobruśki. Robi się jaśniej. A mikroscenki datowane na luty mogą dać nieoczekiwanie przyjemną radość widzenia.

Apolonia Kruk